niedziela, 5 stycznia 2014

[FILM] Mitja Okorn "Listy do M."

Tytuł: "Listy do M."
Reżyser: Mitja Okorn
Obsada:
Maciej Stuhr - Mikołaj Konieczny
Roma Gąsiorowska - Doris
Tomasz Karolak - Melchior "Mel Gibson"
Agnieszka Dygant - Karina Lisiecka (żona Szczepana)
Piotr Adamczyk - Szczepan Lisiecki (mąż Kariny)
Agnieszka Wagner - Małgorzata, szefowa Mikołaja (żona Wojciecha)
 Wojciech Malajkat - Wojciech (mąż Małgorzaty)



Uwaga! Recenzja zawiera spoilery!
Nie sądzę, aby była osoba, która nie słyszała o tej słynnej, polskiej komedii romantycznej. Widziałam wiele pozytywnych opinii. Gdy w Sylwestrowy wieczór postanowiłam z Natalią coś obejrzeć, stanęło właśnie na ten film. Co prawda, święta już minęły, to tak też zrobiłyśmy. 

Rozpocznę od tytułu, który jak dla mnie - wcale nie pasuje! Owszem, występowała postać Świętego Mikołaja, czyli przebranego Karolaka, lecz nadal nie do końca wiem, skąd te "Listy do M.". Może po prostu miało to zachęcić jeszcze bardziej do obejrzenia, w końcu tytuł powinien być zachęcający. A może miało to pokazać atmosferę świąt występującą w filmie?



Akcja filmu odbywa się w Warszawie tuż i w święta Bożego Narodzenia. W tymże mieście miało miejsce 5 zdarzeń, które odmieniły na zawsze życie bohaterów. Święta to czas magiczny, lecz nie dla wszystkich: Mikołaj musi pracować, jego syn pozostać sam w domu, Roma opłakuje brak partnera, rodzina Lisieckich skłócona, Betty miała zaraz stać się samotną matką, samobójca się zabić, Tosia ten czas spędza w domu dziecka, a Mel Gibson jest "tym złym", wrednym facetem przebranym za Mikołaja, straszącym dzieci, odbijającym partnerkę, a potem nie mający partnerki. Zdecydowanie dla nich te dni nie zapowiadają się radośnie. Jednak dla każdego z bohaterów następuje zwrot akcji, sytuacja, która odmienia ich życie na dobre, czyli jak to bywa w większości komedii romantycznych, wszystko kończy się happy end' em, co było właściwie do przewidzenia.

W całym tym filmie występują przypadki, a w prawdziwym życiu - oczywiście, że nie! Niektórzy bohaterzy przeszli zmianę, dojrzeli z decyzją i to jak na przykładzie Betty i Mel Gibsona ponownie ich połączyło. Jednak w większości nad ich związkiem zapanował właśnie los, który zdecydował o tym, że na przykład Mikołaj Romę usłyszy w radiu, uderzy ją nie chcąc śnieżką, a potem ponownie ją spotka w centrum handlowym. Albo gdy Szczepan skoczył z dachu i jakimś cudem spadł w właśnie przejeżdżający samochód wiozący choinki, zapewniający miękkie lądowanie. Niestety, mało realistyczne.
Poza tym już z okładki płyty można  rozpoznać, kto jest z kim w związku. To jest już pierwsza wskazówka dotycząca zakończenia. Druga - film działał według pewnego schematu: spotyka się dwoje ludzi, następuje zwrot akcji, zakochują się i żyją długo i szczęśliwie! 
Był jeden moment, w którym trochę się śmiałam, ale poza tym, nie było żadnego innego zabawnego. 

"Listy do M." jeszcze bardziej brzmiały zachęcająco, gdy została ukazana obsada, czyli wszystkie najsławniejsze polskie gwiazdy. Aktorzy uważam, że zostali dobrze dobrani i co do nich nie mam żadnych zastrzeżeń. Każdy odegrał swą rolę dobrze, emocje wyraził, a niektórzy dodatkowo wykazali się odwagą.
Najbardziej spodobała mi się filmowa postać Romy. Wydaje mi się być kreatywną osobą, o marzeniach. Cieszę się, że napotkało ją szczęście razem z Mikołajem oraz z Kostkiem, jego synem.

Film ten jest idealny na zimowy wieczór po kocem. Miło i przyjemnie się go ogląda. Reżyser myślę, że chciał pokazać, że w święta stają się cuda, magię świąt i że nikt w tym czasie nie może być samotny. "Listy do M." nieco zwiodły me oczekiwania, znalazłam także parę niedociągnięć i błędów w reżyserii. Jednak zdecydowanie wolałabym oglądać to niż po raz setny "Kevina", którego w telewizji można zobaczyć co rok!

✰  ✰  ✰  ✰  ✰  ✰ 

7 gwiazdek - tyle postanowiłam przydzielić temu filmowi, gdyż wbrew negatywnej stronie, bardzo mi się spodobał. Przypomniał mi, co to magia świąt i szczęśliwe zakończenie w dawniej oglądanych przeze mnie bajkach. Film, pogodny, nietrudny.


~ Marta