Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 marca 2016

Obawa przed zranieniem - Lato koloru wiśni


Tytuł: Lato koloru wiśni
Cykl: Lato koloru wiśni - tom 1

Autor: Carina Bartsch
Wydawnictwo: Media Rodzina
Kategoria: literatura młodzieżowa
,
literatura kobieca, romans 

Ocena:  ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★






Lekkie love story utrzymane w konwencji romansu akademickiego. Emely, obdarzona odrobinę sarkastycznym poczuciem humoru studentka literaturoznawstwa, szczerze cieszy się z przeprowadzki jej najlepszej przyjaciółki do Berlina. Nie wie jeszcze, że szalona Alex zamierza zamieszkać w mieszkaniu swojego brata, przystojnego, szmaragdowookiego bruneta, z którym Emely łączą niemile wspomnienia. Na szczęście wkrótce dziewczyna otrzyma romantyczny mail od tajemniczego wielbiciela... 


Pewnie zdążyliście się przekonać o tym, że zazwyczaj trzymam się mojej ukochanej literatury młodzieżowej. Tym razem jednak za radą niezawodnej i najlepszej Natalii sięgnęłam po coś nieco innego - romans, young adult. Kiedy wyszłam od niej z pozycją w ręku, zupełnie nie wiedziałam, czego mogłam się spodziewać, choć obawiałam się najgorszego - schematu ściągniętego z niemalże wszystkich innych tytułów tego gatunku, powszechnie lubianych przez autorów trójkątów miłosnych, głupiutkich bohaterek niczym wyciągniętych z kawałów o blondynkach.
Emely oraz Alex właśnie wkraczają w studenckie życie. Jedna z nich przeprowadza się do Berlina do mieszkania brata. To okazuje się problemem dla Emely, która wprost jego nienawidzi. Na domiar złego okazuje się, że ich spotkania będą częstsze niż ona by tego sobie życzyła... Natomiast Elyas wręcz przeciwnie. Równocześnie dziewczyna rozpoczyna korespondencję z tajemniczym Lucą... Co może wyniknąć z internetowych rozmów z nieznajomym? Czy można wybaczyć komuś, kto Cię zranił?
Od pierwszych stron dało się odczuć różnicę stylu między innymi tytułami, z jakimi wcześniej miałam do czynienia. Choć język wciąż jest prosty, to zdania są nieco dłuższe, a wyrazy bardziej wyszukane. Dokładne opisy zarówno postaci, jak i miejsc sprawiły, że czułam się, jakbym była tuż przy bohaterach. Równocześnie były one plastyczne i choć było ich dość dużo, to się nie dłużyły. Warto również wspomnieć o tym, iż narrację pierwszoosobową prowadzi Emely. Dziewczyna jest trochę negatywnie nastawiona na innych, ma dość niską samoocenę, a do tego cięty język, dzięki czemu sposób, jakim opowiadała o wydarzeniach, był zabawny i lekki. Mimo jej zadziornego charakteru, da się poczuć do niej sympatię.

Większość ludzi ukrywa się za maskami w obawie przed zranieniem.
 
Drugą ważną postacią była przyjaciółka, Alex, którą mogłabym opisać po prostu jako przeciwieństwo Emely. Natomiast Elyas jest typem książkowego, czy filmowego niegrzecznego chłopca - zadziorny, zabawny, pyskaty. Należy także wspomnieć o sarkastycznym humorze oraz o... pięknych turkusowych oczach, które patrzą na Was z okładki i proszą o lekturę Lata koloru wiśni! :D

- Wiesz co? Gdyby w słowniku były obrazki, obok słowa "dupek" znajdowałoby się twoje zdjęcie.
- Wow - zaśmiał się. - Można by pomyśleć, że mnie nie cierpisz.
- Mogę tylko zasugerować, byś zaufał swojej intuicji.


Choć dużo już w tej recenzji o tym wspominałam, to warto jeszcze raz zwrócić uwagę na humor książki. Naprawdę można się uśmiać przy kłótniach Emely i Elyasa! Ich rozmowy nie są przesłodzone, wręcz przeciwnie - mają w sobie mnóstwo sarkazmu, który zawsze mnie rozśmiesza!
Tytuł ten jak to inne romanse, nie jest szczególnie wymagającą lekturą. Nazwałabym go raczej  sympatyczną odskocznią, lecz czasem i takie książki warto czytać, czasem potrzebuje się dawki dobrej zabawy na poprawę nastroju.



Lato koloru wiśni przekonało mnie, że romanse mogą być naprawdę dobrą lekturą. Złamałam stereotyp o trójkątach miłosnych oraz przesłodzonych zakochaniach. Carina Bartsch pokazała, jak miłość powstaje w rzeczywistości, wszystkie zachowania bohaterów były naturalne.  Autorka zastosowała nieco bardziej wyszukany język niż w literaturze młodzieżowej, z którą do tej pory miałam do czynienia. Opisy były plastyczne, a całą książkę mimo jej obszerności czytało się w mig. Największym atutem był sarkazm zastosowany w dowcipnych wypowiedziach postaci. Czy przeczytam kolejny tom? Oczywiście, że tak!

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Love, Rosie



Tytuł: Love, Rosie (Na końcu tęczy)
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Akurat
Kategoria: romans, literatura kobieca
Ocena:  ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★
★ ★











"Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi.
Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex znajdą w sobie dość odwagi, żeby spróbować się o tym przekonać? Czy warto czekać na prawdziwą miłość? Czy każdy z nas ma swoją „drugą połówkę”?
Może dowiemy się tego po lekturze tej ciepłej i wzruszającej powieści."


 
„O byłych dziewczynach łatwo się zapomina, a przyjaciele zostają z człowiekiem na zawsze”
 
„Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki stają się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz. Tak łatwo jest się zgubić."
 
„[...] dom to nie jest lokum, tylko uczucie”
 
„Można uciekać i uciekać w nieskończoność, ale prawda jest taka, że wszędzie tam, gdzie się zatrzymasz, dopadnie cię twoje życie.”

„Ludzkie życie jest zbudowane z czasu. Nasze dni, nasza zapłata mierzone są w godzinach, nasza wiedza wyznaczana jest przez lata”
 
„Miłość jest jak roślina - jeśli o nią dbasz, urośnie z małego nasionka i wyda owoce"


 
Shelf of Books, 9.06.2015r.
Drogi Czytelniku! 
       Piszę do Ciebie, aby opowiedzieć o ostatnio przeczytanej przeze mnie książce - "Love, Rosie" (a inaczej "Na końcu tęczy") autorstwa Cecelii Ahern. Na pewno zresztą słyszałeś już o tej pozycji, gdyż niedawno jej adaptację filmową mogliśmy obejrzeć na srebrnym ekranie.
      Jest to powieść epistolarna, czyli znajdziemy w niej listy, sms-y, maile, horoskopy, wycinki z gazet, kartki okolicznościowe... Wbrew pozorom tworzą one spójną całość i nakreśliły nietuzinkową historię. O dziwo także czytanie takich wypowiedzi szalenie mnie wciągnęło!
      Alex i Rosie są przyjaciółmi od piątego roku życia. Znają się jak nikt inny, mogą powierzyć sobie sekrety, czują się przy sobie szczęśliwi. Jednak ich drogi muszą się rozdzielić, kiedy Alex wraz z rodzicami przeprowadza się do Bostonu. Odtąd utrzymywali już tylko kontakt korespondencyjny. Rosie w wieku osiemnastu lat zachodzi w ciążę, a w dodatku po narodzinach malutkiej Katie staje się samotną matką. Wyobrażasz sobie zrezygnować z wymarzonych studiów, dobrej zabawy, życia towarzyskiego i w tak krótkim okresie czasu dojrzeć do dorosłego życia? Zamknij oczy i pomyśl o plaży - długo wylegiwałeś się na kocu i nagle ktoś Ciebie oblewa lodowatą wodą. Tak właśnie potraktował ją los.
      Mimo, że nie ma tu narracji, to i tak poznajemy cechy charakteru bohaterów. Rosie sprawia wrażenie bardzo pozytywnej, energicznej, żyjącej pełnią życia i niepozwalającą sobie na chwilę nudy osobą. Jednak z początku była bardziej zamknięta w sobie, zbyt pochłonięta opieką nad dzieckiem i pracą, zmęczona, spanikowana. Z kolei Alex jest przemiłym chłopakiem (a potem mężczyzną), zabawnym i ambitnym, a w moich oczach wyobraźni niezwykle przystojnym!
       Na kartach tej powieści zostało przedstawione życie. Nie przekolorowane, nie jak z bajki, lecz takie, jakie jest naprawdę. Patrzyłam, jak każdy z bohaterów dorastał,  jak ich obowiązki się zmieniały, jak musieli zmagać się z coraz to większymi problemami. Wszystkie postacie są dynamiczne, bo dzięki ciekawemu zabiegowi autorki, widać, jak się oni zmienili mentalnie. Cecelia Ahern wystylizowała język odpowiednio do wieku postaci (np. poprzez celowe błędy ortograficzne u pięcioletnich Rosie oraz Alex'a). 
       Ponadto Cecelia Ahern w swej książce poruszyła wiele wartych uwagi tematów - przyjaźni damsko-męskiej, miłości, straty bliskich, rozłąki, dojrzewania, szczęścia, jakie przynosi dziecko, cieszenia się z drobnostek, chorób, życia w pośpiechu, pisania listów (zwróć uwagę na to, że postanowiłam tym razem napisać do Ciebie właśnie list, a nie wiadomość, bo ta książka uświadomiła mi, jak piękna jest ta tradycja!).
       Teraz nie pozostało mi nic innego, jak polecenie Tobie tej pozycji! Nieważne, ile masz lat (czytałam ja, czytała moja mama i obie kochamy tę powieść!), bo każdy znajdzie tu coś pięknego dla siebie. Dla młodzieży może to być zwyczajna historia o życiu dorosłych. Mogą spojrzeć dzięki temu na świat nieco inaczej i może być to dla nich pewnego rodzaju przestroga. Natomiast dla dorosłych ważniejsze mogą być inne wartości. Ponadto jest to naprawdę świetna książka i na pewno spędzisz przy niej przemiły czas!
       Mam nadzieję, że Ty także zakochasz się w tej wspaniałej lekturze. Proszę, w odpowiedzi napisz mi, czy słyszałeś już o tej pozycji, a może o jej ekranizacji? Masz jakieś plany na wakacji? Koniecznie też poleć mi jakąś letnią książkę!
Przesyłam pozdrowienia,
Marta

poniedziałek, 31 marca 2014

Lucy Maud Montgomery "Blękitny Zamek"

 
Tytuł: Błękitny Zamek
Autor: Lucy Maud Montgomery
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Kategoria: romans, literatura kobieca
Ocena: ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ✰ ✰ ✰













"- Każdy ma swój Błękitny Zamek, tak mi się wydaje - powiedziała Cesia cichutko. - Tylko, że każdy nazywa go inaczej."

"Jeśli potrafisz spędzić z kimś pół godziny w zupełnym milczeniu i nie czuć przy tym wcale skrępowania, ty i osoba ta możecie zostać przyjaciółmi."

">>Podoba mi się człowiek, którego oczy mówią więcej niż wargi<< pomyślała Joanna."

"Nadzieja czyni nas niewolnikiem, rozpacz – wolnym człowiekiem."

Lucy Maud Montgomery chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Za jej twórczością przepadam od dziecięcych lat. Sięgając po tę książkę, nie wiedziałam czego się spodziewać po niej - choć miałam pozytywne do niej nastawienie, nie miałam zielonego pojęcia, o czym ona opowiada. Od dłuższego czasu leżała u mnie na półce. Wreszcie zdecydowałam się za nią zabrać. Za ten mocno zniszczony egzemplarz z 1985 roku, silnie pachnący... papierem. Uwielbiam ten zapach!
Joanna ma dwadzieścia-dziewięć lat i wciąż poszukuje męża. Nie szczyci się pięknością, ma mnóstwo kompleksów i zmartwień. Nadal mieszka z rodziną we wspólnym domu. Tam musi przestrzegać ich zasad - musi pytać o pozwolenia nawet o kichnięcie, ma zakaz czytania powieści, które tak bardzo lubiła! - wytrzymywać z nimi, słuchać ich i tych "niezwykle zabawnych" żartów wuja Beniamina...
Błękitny Zamek to miejsce idealne. Tam czuje się w pełni szczęśliwa. Ma tam nawet narzeczonego. Szkoda jednak, że do tej pory, istniał ten budynek tylko w jej wyobraźni... Pewnego dnia kobieta dowiaduje się, że jest ciężko chora oraz że za maksymalnie rok, umrze. Od tamtej chwili, Joanna postanawia żyć inaczej niż wcześniej, być szczęśliwa i wolna. "Ale to dopiero początek drogi, która prowadzi Joannę do Błękitnego Zamku z jej marzeń..."
Joanna to postać dynamiczna. Przez dwadzieścia-dziewięć lat znosiła z pokorą członków swej rodziny. Była cichą osobą. Nie potrafiła nikomu się sprzeciwić. Bała się ludzi i posiadania własnego zdania. Pewnego dnia dowiedziała się jednak o swej chorobie. Od tamtej pory zaczęła czerpać z życia samo szczęście. Wreszcie potrafi przyznać się do posiadania odmiennej opinii, potrafi się sprzeciwić. Pokazała wszystkim, jaka naprawdę jest.
Natomiast jej rodzina jest... nieznośna. Każdy wiedział lepiej niż sama Joanna, co ma ona robić. Każdy miał inną, lepszą od drugiej poradę. Nieśmieszne żarty wuja, ciotki-plotki, nieznoszące sprzeciwu rozkazy mamy... I jak tu z nimi wytrzymać?!
Dzięki wtrącanym żartom wujka Joanny, powieść przybrała zabawny charakter. I taka też była. Często zdarzało się mi uśmiechnąć, pośmiać. Można było jednak znaleźć w niej mnóstwo głębokich, lekko filozoficznych i jakże pięknych cytatów. Za to uwielbiam właśnie tę lekturę! Jest lekka, idealna na wieczory. Napawa optymizmem. Dodaje energii do działania. Rozwesela. Doskonała rozrywka na poprawę humoru.

"Wuj Beniamin złożył wizytę prawdopodobnie po to, by oznajmić wszystkim, że jest gorąco, i by zapytać, jaka jest różnica między słoniem i fortepianem. Ciotka Tekla była na tyle nietaktowna, że pozwoliła sobie od razu na odpowiedź: >>taka, że fortepian można zasłonić, a słonia nie można zafortepianić<<, co wprawiło wuja Beniamina w zły humor."

Choć było takich momentów niewiele, to zdarzały się taki, przy których akcja nabierała tempa. Takie chwile zazwyczaj poprzedzały opisy sytuacji, które zniszczyły, niestety, ten czas grozy. Zbyt wiele spraw wyjaśniały, po których można się było domyślić, co też się wydarzy. Kolejnym mankamentem, ale nad którym najbardziej ubolewam, jest długość powieści. Nie naczytałam się zbyt wiele, lekko ponad 100 stron... Cale szczęście, spędziłam z nimi mile czas.


Gdybym miała opisać "Błękitny Zamek" jednym słowem, użyłabym zapewne tego: rewelacja! Książka ta to wspaniała bajka dla dorosłych. Choć właściwie nie posiada nic niezwykłego oprócz historii, która sama w sobie jest cudowna, jest piękna. Jednak fabuła nie jest zbytnio interesująca. Niewiele się dzieje. Zapowiadało się na niby kolejne romansidło, jakich wiele. A jednak, ta książka ma w sobie coś, co przekonało mnie, przeciwniczkę nudnych, słodkich historii miłosnych o dwójce ludzi poszukujących tej jedynej osoby.

poniedziałek, 24 marca 2014

Stephenie Meyer "Intruz'

Tytuł: Intruz
Autor: Stephenie Meyer
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Kategoria: fantastyka, romans
Ocena: ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ✰













 
"Świat został opanowany przez niewidzialnego wroga. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich normalne życie. Jedną z ostatnich niezasiedlonych, wolnych istot ludzkich jest Melanie. Wpada jednak w ręce wroga, a w jej ciele zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Intruz bada myśli poprzedniej właścicielki ciała w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów..."

"Jak myślisz, o co może chodzić?Wiesz tyle samo co ja.
Ale ty jesteś człowiekiem. Myślałam, że masz intuicję czy coś w tym rodzaju.
Intuicję? Intuicja podpowiada mi, że nie znamy tego miejsca tak dobrze, jak nam się wydaje."

"Wydaje mi się, że są takie rzeczy, które nigdy nie umrą."

Znowu za sprawą namów, przeczytałam książkę. Tym razem jednak zrobiłam to z czystą przyjemnością, gdyż takie właśnie uczucie towarzyszyło mi przy lekturze.
Przyszłość. Świat opanowały dusze, wszczepione w ludzkie ciała. Niewielu ludzi pozostało niezasiedlonych. Paroma z ostatnich jest Melanie, w której umieszczono Wagabundę. Intruz bada myśli poprzedniej właścicielki ciała i odszukuje informacji o jej najbliższych. Po pewnym czasie umysł Melanie sam podsuwa wspomnienia z poprzedniego życia. Dotyczą one przede wszystkim Jareda, który powinien być jej wrogiem oraz innych rebeliantów. Wkrótce potem Wagabunda odczuwa tęsknotę za nimi i odmawia posłuszeństwa reszcie dusz. Postanawia wybrać się w poszukiwania, pragnie ich odnaleźć. Podczas podróży Melanie i Wagabunda stają się sojuszniczkami. W końcu wybrały się w wędrówkę za osobami, które obie kochają.
Ludzie przedstawieni się jako straszne istoty. W ich gazetach można przeczytać o kolejnych zdradach, morderstwach i innych  okropieństwach. Nic dziwnego... "jesteśmy tylko ludźmi".
Dlatego też w ich ciała wszczepiono dusze. Nie potrafią one kłamać, zabijać i robić niczego, co zaszkodziłoby innej istocie. Brzydzą się takimi uczuciami jak gniew, złość, nienawiść, wściekłość.
W przypadku Wagabundy było jednak trochę inaczej. Melanie nie umarła, choć powinna. Po wszczepieniu, w jednym ciele żyły dwie istoty. Z pewnością było to dla nich trudne.  Wagabunda była intruzem w czyimś ciele. Przez to niejednokrotnie doszło do kłótni pomiędzy dwoma kobietami, mimo natury dusz.
Tematyka książki jest trudna, choć także oryginalna.  Wiele razy musiałam się zastanowić na światem przedstawionym. Z początku wydawał się być dla mnie czarną magią. Jednakże treść lektury zmusza do refleksji dotyczących naszego postępowania, rozróżniania dobra od zła, przyszłości, miłości. Nie zabrakło tu przemyśleń głównych bohaterów w sprawie tych kwestii. Refleksje Wagabundy nie można porównać do głupiutkich, dziecinnych, banalnych rozważań Belli. Te były dojrzałe i rzeczywiście, miały kwintesencję.
"Intruz" pokazał mi inną stronę świata, mimo, że akcja jest w przyszłości, moje pytania i myśli dotyczyły teraźniejszości. Uświadomiłam sobie, jak ważne jest poprawne zachowanie, że powinnam pełnić dobre uczynki i pamiętać, że nie jestem sama, dążyć do idealizmu, który prezentowały dusze.
Książka została napisana prostym językiem, krótkimi zdaniami, co nadało dynamiczności. Jakość treści może i mnie zaskoczyła, jednak lekturę przeczytałam jednym tchem. Spodobały mi się dialogi, które Stephenie Meyer wystylizowała na na przykład gwarę ludową. Zachwyciły mnie również kłótnie Wagabundy oraz Melanie. Było to coś odmiennego od zwykłych rozmów. Dwie osoby w jednym ciele, porozumiewające się ze sobą, słyszące siebie prawie przez cały czas... Coś niespotykanego, interesującego. Szkoda tylko, że wypowiedzi bohaterów nie zostały od siebie oddzielone. Trudno było zrozumieć, kto, co aktualnie mówi.
Nie jestem fanką scen romantycznych. Ich tu również nie zabrakło. Właściwie to cała książka opowiada o potędze miłości. Jednak przedstawiona w "Intruzie" adoracja nie jest jak w większości przypadkach przesłodzona. Właściwie było wręcz przeciwnie. Uczucie to zostało pokazane z drugiej strony. Autorka uświadamia czytelnika, że wiąże się ona oprócz z rozkoszą, namiętnością, pocałunkami,  z walką o nią, ze zmartwieniami, łzami, że trzeba ją pielęgnować i wzmacniać. Tak jest i w realiach. Całe szczęście, zresztą, że poza takimi wątkami, występowały i takie, w których wstrzymywałam oddech. Niestety, ale zadziwiającą i nieprzewidywalną fabułę popsuły nazwy rozdziałów. Niektóre z nich zdradziły mi zbliżające się wydarzenia.


Zgadzam się z opinią większości, iż "Intruz" to naprawdę dobra książka. Oryginalny pomysł, a także ciekawe jego wykorzystanie, intrygująca fabuła, trzymająca w napięciu. Mimo pewnych niewielkich potknięć, jestem pewna, że tę pozycję mogę zachwalić i śmiało polecić. Książce przydzielam dziewięć gwiazdek. "Intruz" to udana  mieszanka science-fiction i paranormal-romance.


A co Ty sądzisz o tej książce? Z chęcią poznam Wasze opinie również na temat pozostałych książek autorstwa Stephenie  Meyer.